Złota kolekcja - Soból i panna

Dostępność: duża ilość
Wysyłka w: 24 godziny
Cena: 35,00 zł 35.00
ilość szt.
dodaj do przechowalni

Opis

Zbiór opowiadań wybitnego pisarza łowieckiego dwudziestolecia międzywojennego Józefa Weyssenhoffa, pisanych z olbrzymią łowiecką pasją, urzekających tak formą, jak i treścią.
Tytułowe opowiadanie doczekało się ekranizacji. Książka powinna się znaleźć w biblioteczce każdego myśliwego.
Twarda lakierowana oprawa.

 Fragment opowiadania: „Złota jesień”

 ”Dzień był wymarzony na polowanie z gończymi, a że wiatr trochę żwawy, to mała przeszkoda. Stanąć tylko pod wiatr, a można usłyszeć gon i o pół mili. — O, tutaj naprzykład, las wysokopienny zawodzi je­dną ogromną nutą, jakby płynącą z dalekich organów. Ale w nucie tej jest tysiąc tonów, dętych w szumne kity i korony drzew, szeptanych, skrzypiących. – – Pośród tych głosów górnych, spokojnych i wytrwałych,wyróżniłby się odrazu zgiełk napastniczy, urywany goniących psów albo i ludzi, zazgrzytałby w harmonii dysonansem, dla łowieckiego ucha rozkosznym. – – I jest niby coś takiego tutaj w ogromnym gwarze lasu?—

Michał wytężał słuch, jadąc, i poił sic koncertem, który, wiejąc mu przez głowę, rozrzedzał trudne i tęskne myśli pozostałe z różnych kombinacyi i wątpliwości uprzednich. Ogarnia! go szał kniei, ten stan duszy nadczuły na poczucia pierwotne, na ciekawości dziecinne, a mocne, jak war życia we krwi.

 A organowe tchnienia wiatru nasiąkały coraz wyraźniej swarliwyni jakimś zgiełkiem.

 — Poczekaj, Antoni — zatrzymaj się. Chyba to psy gdzieś daleko gonią? — —

 — A już musi być, gonią one teraz codzień — szak i pora im...

 — Skrauja! napewno.

 W szerokim szumie, przychodzącym nawałą do drogi, na której zatrzymała się bryczka, można już było rozróżnić basy i tenory psów, alty i dyszkanty suczek. Grała duża, dobrana psiarnia. Michałowi zda­wało się, że poznaje po głosach znajomych śpiewaków, jak Zagraj, Grzmilas, Cymbał, Trębacz, i słynne śpiewaczki: Dudę, Lutnię, Płaksę. Zakotłowało mu w głowie od przejmujących wspomnień i szkicował w wyobraźni obroty, które mogłaby wziąć ta przygoda.

 Na wszelki wypadek dobył spiesznie strzelbę z futerału, gdzie zna­lazł i kilka zapasowych ładunków, zrzucił płaszcz i wyskoczył z bry­czki, gdyż gon zbliżał się niewątpliwie. Ktokolwiek tam polował, jeżeli zwierz pomknie przez tę drogę nie strzeżoną, można go zabić bez ubli­żenia uczestnikom polowania i litewskim prawom myśliwskim.

 Gdy stanął bez płaszcza w pogotowiu do strzału, poczuł przez chwilę chłód, ale zaraz o nim zapomniał, bo muzyka kniei dawała nowe wrażenia dźwięczne, mocno grzejące: odezwała się zdaleka trąbka — nie róg litewski, jękliwy i donośny, lecz sygnał pasażowy, harmonijny i ochoczy.

 — Kurlandzka trąbka! — rzekł Michał do woźnicy — psy poszły przez pole! — — Ale któż to poluje? —

 Antoni długo myślał, wzruszając ramionami, poczem ogłosił swe przypuszczenia:

 — A już musi pan Hryncewicz, u którego piękne psy i Wejsz

Łotysz, sławny dojeżdżacz.

 — Gdzieżby on, aż z Kurlandyi?!

 — Pies granicy nie pyta, ani gubernii. I przewieźć jego można. Wtem ożywił się znacznie roztropny Antoni, bo, jak każdy Litwin, był w duszy »ochotnikiem«.”

 

 

 

Produkty powiązane

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy od home.pl