Złota kolekcja - Szczęśliwe dni

Dostępność: duża ilość
Wysyłka w: 24 godziny
Cena: 35,00 zł 35.00
ilość szt.
dodaj do przechowalni
Ocena: 4.29
Kod produktu: kat. 00-0128

Opis

 

Kolejna pozycja w "Złotej Kolekcji" to książka przedwojennych opowiadań Stefana Badeniego. Dodatkowo znalazły się również wspomnienia myśliwskie Janusza Jędrzejewicza i Michała Kryspina Pawlikowskiego.

Wszyscy trzej autorzy polowali na kresach II Rzeczypospolitej i należeli do wybitnych osobistości – mamy tu osobiście prowadzącego gospodarstwo ziemianina, polityka i premiera RP oraz pisarza, krytyka i dziennikarza. Wszyscy trzej pochodzili z tego samego rocznika i mieli wspólne pasję - polowanie.

Ta bardzo rzadka, cenna i szczególnie piękna pozycja z pewnością ucieszy wszystkich miłośników literatury łowieckiej.

Fragment opowiadania: „Szczęśliwe dni”

"Zima sprzyjała nadal myśliwym, częste ponowy zaścielały stół do uczty myśliwskiej, knieja dzików nie żałowała i coraz to nowe wysyłała na strzał, jak gdyby chcąc wynagrodzić za długie lata wojny, gdy zamkniętą niemal była prawemu właścicielowi. Myśmy czerpali niefrasobliwie z jej obfitości, bogacąc nasz rozkład przy pomocy nieznużonego nigdy Pikusia.

Pewnego wieczora siedziałem z Józiem przy obiedzie po wytężonej pracy dnia myśliwskiego; zmęczenie nawet nad głodem zapanowało, a u Józia przyłączyła się do zmęczenia jakaś czarna troska, która mu chmurą osiadła na czole. Nie brak spotkania był powodem frasunku, owszem piękną miał dzisiaj zdobycz. Na głos Pikusia zdołał dobiec szczytu pagórka, za którym w chwilę potem wypadł mu razem z psem pod nogi prawie, piękny odyniec waląc się kilkanaście kroków za linją. Białość szerokich szabel ładnie odbijała od czarnej szczeci odyńca ważącego 135 kg. Inną była przyczyna troski Józia, ta sama, która kazała mu za każdem wejściem służącego ponawiać pytanie: „Czy jest?" „Niema jeszcze" brzmiała niezmiennie odpowiedź. Ten „on" był to Pikus, który zwyczajem swoim został w lesie goniąc za dzikiem późno już ruszonym, ale dzisiaj bardziej niż zwykle z powrotem się ociągał. Był więc mój szwagier niespokojny i najczarniejsze wywoływał obrazy. „Pewnie ciął go ten dzik i leży biedak gdzieś w krzakach a i toby mogło być, że w drut się złapał i czeka teraz pomocy. A może poprostu wracającego przez wieś ktoś na złość złapał?" Nie pomogły moje przedstawienia, że wróci z pewnością jak codziennie, wszak temu rok, przy pierwszym już pobycie w Koropcu, Pikus z lasu doskonale trafił do domu. Nie pomogło nic, usłyszałem tylko wymówki, że nie dbam o pieska, nie przywiązałem się do niego. Już nawet dziki począł Józio wyliczać, któreśmy przy Pikusiu zabili; wieczór mijał, podano herbatę, którą piliśmy w poważnem milczeniu. I ja już byłem niespokojny i zarządziłem, by strzelec Józia do dnia pojechał szukać w lesie zaginionego.

Byliśmy w sypialnych pokojach, gdy nagle w półmroku długich korytarzy rozległy się głosy niewyraźne. „Pikus jest!" brzmiała radosna wieść i wpadł do pokojów nasz dzikarz żwawy i wesoły. Czuł, że bano się już niego, bo wbrew swemu zwyczajowi wdzięczył się i łasił, a do strzelca, pana swego bezpośredniego, wysoko podskakiwał odsądzając się silnie od podłogi, w powietrzu jeszcze z wyprężonemi łapkami w górę się śrubował mały, czworonożny akrobata. Taki to był ten nasz piesek niewielkich rozmiarów owczarz, ale kształtny i jędrny, ładnie srokaty z twardym włosem jak u baranka zakręconym, z pyszczkiem jak u lisa spiczastym. Oczka patrzały raźnie i figlarnie, nie opowiadały, gdzie był, jak daleko zabiegł gdzie się rozstał z dzikiem, ale to mówiły, że się dobrze bawił i że wielu pragnie jeszcze takich dni, wiernie nam służąc."

 

 

Produkty powiązane

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy od home.pl